Wydział, Uniwersytet i przyległości :)
Dzisiaj z racji zdanego egzaminu postanowiłam zrobić sobie małą wycieczkę po mieście. Oczywiście łatwo się domyślić gdzie starym, studenckim zwyczajem trafiłam gdy nie musiałam wcale tam iść… Nie, nie do pubu. Moim studenckim zwyczajem trafiłam na Wydział tutejszy (nie tylko mój – obeszłam wszystkie wydziały znajdujące się w centrum miasta) a z racji pogody co najmniej sprzyjającej zabrałam ze sobą na przechadzkę mój aparat.
Tak teraz wygląda mój akademik
Wiem, wiem… Okropną mam drogę na uczelnię, ale cóż poradzić?
Takie odnowione coś na Promenade du Peyrou. Gdzieś kiedyś czytałam, że to jest tzw. “pałac na wodzie”. Wydawać by się mogło, że Francuzi będą mieli lepszy ogląd na to jak wygląda pałac, ale oczywiście mogę się mylić.
Ulica uniwersytecka (rue de l’Université), przy której mieści się Wydział Prawa i Nauk Politycznych.
To jest główne wejście, o błyskotliwym pseudonimie “zielone drzwi”.
A tak wygląda wydział po wejściu. Straszna ruina, prawda? Też tak właśnie myślałam
Szara rzeczywistość francuskich studentów prawa.
A to jest wieżyczka strażnicza
A to jest wejście do budynku 1 od drugiej strony. Ma troszkę inny charakter
To jest główne wejście do budynku 2.
Widok po wyjściu z bât. 2… Bo czasem na tym wydziale tylko modlitwa pomaga… To ze wszystkich sal wykładowych (poza 007) widać tę katedrę
To jest park, znajdujący dokładnie vis-à-vis drugiego budynku Wydziału Prawa.
Tak okropnie wygląda tutejszy wydział medycyny Uniwersytetu Montpellier 1.
Idąc dalej, zrobiłam sobie też małą wycieczkę po głównych atrakcjach turystycznych Montpellier, bo do tej pory z aparatem raczej omijałam centralne punkty na turystycznej mapie miasta, i chodziłam bocznymi uliczkami, rzadko uczęszczanymi przez turystów. Dziś jednak postanowiłam zejść na czarny szlak, co wcale nie jest taką szybką i łatwą sprawą. Przejście całego centrum z jednego końca na drugi (z wliczonym w to półgodzinnym wylegiwaniem się na l’Esplande Europe) i powrót do akademika zajmuje przy moim tempie chodu ponad 3 godziny.
To jest katedra Saint Pierre z jej charakterystycznym baldachimem.
Katedra pod kątem innym
Rue Foch, główna ulica starego centrum.
Wyjątkowo mało zaludniona Rue Loge (łącząca Rue Foche z Place de la Comédie)
l’Opéra Comédie
Chyba jeden z dwóch najczęściej fotografowanych budynków w Montpellier (dla studentów to po prostu budynek McDonaldsa
)
Fontanna w dzielnicy “Antygona”. Wszystkie pomniki i posągi w tej części miasta są wiernymi kopiami bardzo znanych rzeźļ starożytnych.
Antygona
Kolejna fontanna na Antygonie.
Powoli zbliżamy się do Place de l’Europe, nowoczesnej dzielnicy.
To już basen Olimpijski przy Place de l’Europe
Tzw. nowy łuk tryumfalny widziany z l’Esplande Europe, wraz z kopią Nike z Samotraki (dla Francuzów to jest Victoire de Samothrace)
I jeszcze na koniec zdjęcie tego dziwnego budynku
Jutro postaram się opisać mniej więcej jak wygląda sesja i egzaminy we Francji, ale nie chcę pisać dzisiaj pod wpływem emocji.
Działo się, oj działo…
Długo niczego tutaj nie pisałam. Nie jest to tylko kwestia lenistwa nabytego świeżo na południu Francji. Sporo się przez ten czas działo, a do tego wszystkiego w Montpellier było przepięknie i ciepło, więc człowiek większość czasu spędzał w parku, a wifi to wynalazek nowy w tym dziwnym karju. Cudem jest zdobycie kawałka internetu. No ale zacznijmy od początku:
Luty był piękny choć dość chłodny. Temperatury nie przekraczały 15 stopni i raczej trzeba było znaleźć spokojne, słoneczne miejsce, żeby się troszkę powygrzewać. Wieczorami Montpellier prezentowało się w ten sposób:
To jest zdjęcie ulicy okalającej najstarszą, średniowieczną część Montpellier.

Widok z Promenade du Peyrou na któryś z kościołów (nigdy nie wiem, który jest który).

Boulevard des Arceaux. Ulica, przy której mieści się moje miasteczko akademickie, dokładnie przy zagięciu akweduktu.
Po tych okrutnych warunkach atmosferycznych wyjechałam na chwilę do Polski, gdzie prawie się zgubiłam wśród wysokich zasp. O dziwo gdy tylko przyjechałam do Szczecina, na chwilę przestał padać śnieg i zrobiło się słonecznie. Znów zaczęło śnieżyć dopiero po moim wyjeździe z kraju. Cóż począć?
Niedługo po powrocie do Montpellier, znów było mi dane wyjechać, tym razem na Côte d’Azur. Byliśmy w Cannes, Nicei i w Monaco. Pogoda dopisała wszędzie poza Niceą, gdzie było tak zimno, że słynne zdanie “Nicea albo śmierć” zdawało się wesoło pobrzmiewać w naszych uszach gdy przymarzaliśmy gdzieś podczas zwiedzania tej ponoć przepięknej w słońcu miejscowości.

Cannes

Pamiątka z Cannes… Kartoniki znajdują się przed słynnym Palais des Festivals w Cannes, gdzie co roku odbywa się słynny Festiwa Filmowy.

Zachód słońca w Cannes

Widok na Monte Carlo w Monaco.

I wreszcie wiem, dalczego nazywają to lazurowym wybrzeżem

Wszyscy są bardzo przyjaźni, nawet ośmiornica nam machała

Szukaliśmy Nemo nawet…

Nawet flagi porządnie powiesić nie umieją

Katedra w Monte Carlo

Widok na Monaco

Bienvenue sur les Autoroutes Sud de France

A w Montpellier czekał na nas śnieg…

Typowo południowe widoczki
Gdy wróciliśmy do Montpellier a śnieg wreszcie stopniał, można było wreszcie wyjść z książką do parku. I tak oto moją książkę zastąpił aparat fotograficzny a park zastąpiło historyczne centrum Montpellier.
Wyjście z mojego akademika

Boczna uliczka centrum

W niektórych miejscach w Montpellier jest tęczowo

Porte du Peyrou

We Francji niczego nie robi się normalnie
A teraz nie pozostało mi nic innego niż pracowite przygotowanie się do sesji, której oddech już powoli czuć na plecach.
O samym Université słów parę…
Jako, że pisałam już troszkę o życiu studenckim, teraz opiszę pokrótce życie uniwersyteckie.
Przyjeżdżając tutaj, jak każdy, miałam spore obawy dotyczące mojej znajomości francuskiego. Bałam się, czy dam sobie radę na uczelni i czy będę w stanie porozumieć się w innymi studentami erasmusa, którzy przecież mówią praktycznie tylko w swoich językach narodowych i po francusku. Na szczęście to wyobrażenie szybko runęło (może nie w pełni ale runęło).
Zacznijmy może od tego, jak wygląda dzień studenta erasmusa. Na takie pytanie pada moja ulubiona odpowiedź: jak sobie ułożysz plan, tak się wyśpisz. Osobiście mam zajęcia przez trzy dni w tygodniu. Ponieważ dla erasmusów ćwiczenia (travaux dirigés) są tutaj nieobowiązkowe, mamy do wyboru tylko wykłady, na których obecność jest nieobowiązkowa. Mimo wszystko jednak, gdy ma się 7 godzin zajęć tygodniowo (2 godziny droit international des droits de l’homme, 2 godziny anglais, i 3 godziny institutions de l’Union Européenne) warto pochodzić sobie na te wykłady, choćby po to, żeby osłuchać się z akcentem profesora (egzaminy są ustne).
Jeśli chodzi o poziom egzaminów, nie mogę jeszcze napisać niczego na podstawie własnego doświadczenia, ale ludzie, którzy jedną sesję już tu przeżyli, mówią że obcokrajowców, z językiem narodowym innym niż francuski, traktuje się tu bardzo ulgowo. Na pewno egzaminy wiążą się z długimi przygotowaniami, bo trzeba wszystko zdać po francusku (może poza anglais, który zdaje się po angielsku), ale też nie ma tragedii.
Jeśli chodzi o język francuski, to dostępny tutaj jest kurs: 50e za semestr… Na początku zdaje się test z gramatyki a potem trafia się do jednej z grup, dopasowanych mniej więcej poziomem gramatycznym. Bardzo fajna sprawa, bo na tym kursie są sami erasmusi, więc poznaje się jeszcze więcej osób a poza tym jest wart dodatkowe 3 pkt ECTS
Podsumowując, na pewno warto wyjechać. Fajna przygoda. Trzeba się tutaj czasem trochę spiąć, bo łatwo zatracić kontakt z nauką
ale czego się nie robi
Na zachętę powiem, że teraz, 2 marca, siedzę w krótkim rękawki i w krótkich spodenkach przy otwartym w pełni oknie. bo jest tak ciepło w słoneczku, o które nie jest trudno (choć w cieniu jest tylko 17 stopni).
